Perfect Strangers is the eleventh studio album by the English rock band Deep Purple, released on 29 October 1984. It was the most successful album recorded by the re-formed 'Mark II' line-up. It was the first Deep Purple studio album in nine years, and the first with the Mk II line-up in eleven years, the last being Who Do We Think We Are in 1973. Ritchie Blackmore and Roger Glover arrived
Stream Perfect Strangers (Live) by Deep Purple on desktop and mobile. Play over 320 million tracks for free on SoundCloud.
Episode #101 - Perfect Strangers (Part 2) Watch on. Disclaimer: The video used on YouTube is a byproduct of producing our audio podcast. We post it merely as a convenience to those who prefer the YouTube format. Please subscribe using one of the links below if you’d prefer a superior audio experience. Subscribe at Apple Podcasts, Stitcher
Listen to uDiscover Music’s Deep Purple Best Of playlist. “The title track comes blasting out of nowhere,” wrote Deborah Frost in Rolling Stone, “ like an I’m-alive-and-well message from
The Deep Purple Podcast Show Notes Episode #101 March 22, 2021 Deep Purple - Perfect Strangers (Part 2) Subscribe at Apple Podcasts, Stitcher, Google Podcasts, Overcast, Pocket Casts, Anchor.fm, Breaker, PodBean, RadioPublic, Amazon Music, or search in your favorite podcatcher!
Perfect Strangers. Perfect Strangers är rockbandet Deep Purples elfte studioalbum, utgivet den 29 oktober 1984. Det var även Deep Purples återföreningsplatta 1984 då de fem medlemmar vilka spelat i bandet när de varit som störst under 1970-talets början återigen spelade tillsammans, vilket var första gången på tio år.
dLa7HKH.
Sklep Muzyka Pop & Rock Zagraniczna Data premiery: 2013-10-14 Rok nagrania: 2013 Rodzaj opakowania: Jewel Case Producent: Eagle Vision Wszystkie formaty i wydania (2): Cena: Oferta ABE MEDIA : 134,00 zł Opis Opis W 1984 roku zespół Deep Purple w składzie Ritchie Blackmore, Ian Gillan, Roger Glover, Jon Lord i Ian Paice spotkał się pierwszy raz od 1973 roku aby nagrać wspólnie nowy studyjny album zatytułowany “Perfect Strangers” Zaraz po wydaniu płyty zespół wyruszył w światową trasę koncertową. „Perfect Strangers Live” to zapis występu z Melbourne w Australii. Jest to jedyny w całości zarejestrowany materiał z tego okresu. W trakcie koncertu grupa wykonała utwory z krążka “Perfect Strangers”, jak również te pochodzące z wczesnych lat 70-tych ze “Smoke On The Water” na czele. To bez wątpienia jeden z najlepszych występów Deep Purple jaki kiedykolwiek został zarejestrowany. Ogromna gratka dla fanów. Tracklista: CD 1 1. Highway Star 2. Nobody's Home 3. Strange Kind of Woman 4. A Gypsy's Kiss 5. Perfect Strangers 6. Under the Gun 7. Highway Star 8. Lazy (Inc. Ian Paice Drum Solo CD 2 1. Child in Time 2. Difficult to Cure 3. Jon Lord Keyboard Solo 4. Space Truckin' (Inc. Ritchie Blackmore Guitar Solo) 5. Black Night 6. Speed King 7. Smoke On the Water DVD 1. Perfect Strangers Tour Dane szczegółowe Dane szczegółowe Tytuł: Perfect Strangers Live Wykonawca: Deep Purple Dystrybutor: Mystic Production Data premiery: 2013-10-14 Rok nagrania: 2013 Producent: Eagle Vision Nośnik: CD+DVD Liczba nośników: 3 Rodzaj opakowania: Jewel Case Indeks: 13690472 Recenzje Recenzje Dostawa i płatność Dostawa i płatność Prezentowane dane dotyczą zamówień dostarczanych i sprzedawanych przez . Empik Music Empik Music Inne tego wykonawcy W wersji cyfrowej Najczęściej kupowane Inne tego dystrybutora
w sierpniu 1984 roku- Horizons- Le Mobile (Carlsbad, Stany Zjednoczone)- Horizons, Stowe, Vermont Posiadamy w sprzedaży 1 egzemplarz tej płyty za 79 PLN Informacje o płycie00 3 minuty czytaniaSpis treści1. Informacje o Notowania i odbiór Adnotacje2. Lista utworów3. Wydania4. Opinie5. Certyfikaty i sprzedaż6. Powiązane single7. Podobne płytyPerfect Strangers to jedenasty studyjny album brytyjskiej grupy rockowej Deep Purple, wydany w październiku 1984 roku przez wytwórnię Polydor w Europie oraz Mercury w Ameryce Północnej. Materiał został zarejestrowany w sierpniu tego roku, w studiu "Horizons" w Vermont w USA przy użyciu przenośnego urządzenia Le Mobile Studio. Produkcją nagrań zajął się Roger Glover wraz z zespołem. Był to najbardziej udany album nagrany przez zreformowany skład Mark II i wydano z niego dwa single: "Perfect Strangers" oraz "Knocking at Your Back Door".Był to pierwszy od dziewięciu lat studyjny album Deep Purple, a pierwszy w składzie MK II od jedenastu lat, ostatni był Who Do We Think We Are w 1973 roku. Ritchie Blackmore i Roger Glover przybyli z Rainbow, Ian Gillan z Black Sabbath, Jon Lord z Whitesnake i Ian Paice z zespołu Gary'ego Moore'a. Tylko jeden utwór z nowego repertuaru zreformowanego Deep Purple, "Nobody's Home", został przypisany wszystkim pięciu członkom zespołu. Gillan i Glover, starali się przywrócić koncepcję wspólnego autorstwa każdego nagrania, tak jak to miało miejsce we wcześniejszym okresie, ale Blackmore się na to nie zgodził. Dopiero gdy opuścił grupę w 1993 roku, problem został automatycznie rozwiązany[1].WydaniaAlbum Perfect Strangers został oryginalnie wydany w 1984 roku na winylu, CD oraz kasecie magnetofonowej. W ciągu kolejnej dekady od pierwszego wydania, był wielokrotnie wznawiany. Na wersji CD i kasetowej albumu znalazło się dodatkowe nagranie "Not Responsible", jeden z niewielu utworów Deep Purple z bluźnierczymi tekstami, w którym można usłyszeć słowo "fucking". Album został zremasterowany i wznowiony 22 czerwca 1999 roku z bonusowym utworem instrumentalnym "Son of Alerik". Ten ostatni był wcześniej dostępny jako B-side na singlu "Perfect Strangers" w 1984 roku. W 2016 ukazało się wydanie na winylu w ramach serii Back to i odbiór krytycznyAlbum odniósł komercyjny sukces, osiągając pierwsze miejsce w Szwajcarii i w sumie notując w Top 10 sześciu zestawień, w tym na pozycji #5 na brytyjskiej liście przebojów UK Albums Chart. Za oceanem uplasował się natomiast na #17 pozycji na Billboardzie 200 w USA. Perfect Strangers był tylko drugim albumem studyjnym Deep Purple, który uzyskał certyfikat platynowej płyty w Stanach Zjednoczonych, po Machine Head z 1972 roku[2]. Promująca go trasa koncertowa była tak udana, że zespół musiał zarezerwować wiele dodatkowych terminów na areny w USA, ponieważ bilety wyprzedawały się bardzo szybko. Ich amerykańskie tourne w 1985 roku było jednym z najbardziej dochodowych i w kwestii zarobków wyprzedziło wszystkich artystów w tym okresie, z wyjątkiem Bruce'a Springsteena[3].Album otrzymał mieszane recenzje. Deborah Frost z magazynu Rolling Stone w recenzji zauważyła, że z wyjątkiem dwóch singli, materiał składa się z pośpiesznie wykonanych jamow i zastanawiała się, czy wydawnictwo zostało wydane po to, by zarobić na obecnym heavy-metalowym szaleństwie. Ale powiedziała również: Blackmore'owy Strat ma tak wielki ryk, że jesteś skłonny pozwolić, aby na chwilę dźwięk poodbijał się w twoich bębenkach. I miło jest słyszeć niesymetryczne organowe squalle Jona Lorda, elektryzującą perkusję Iana Paice'a, wycie i szepty Iana Gillana i po raz kolejny solidne linie basu Rogera Glovera, choć gdyby nie Glover, jakiś producent zewnętrzny mógłby zmusić zespół do dopracowania swych aranżacji[4].Kanadyjski dziennikarz Martin Popoff pochwalił ten "powrotny" album, który "składa ukłon latom 70." i koncentruje się raczej na muzyce niż na jej technicznej prezentacji, umieszczając Deep Purple jako punkt odniesienia w gatunku metalu bez kategoryzacji[5].AdnotacjeThompson, Dave (2004): Smoke on the Water: The Deep Purple Story. s. 241."Deep Purple & A Momentous Mark II Reunion". Joe (Styczeń 1989): "Jon Lord's Purple Reign". Modern Deborah (28 lutego 1985): "Perfect Strangers - Rolling Stone". Rolling Martin (1 listopada 2005): "Recenzja płyty" The Collector's Guide to Heavy Metal: Volume 2 - The Eighties. Collector's Guide Publishing. s. / Format / KrajWytwórnia / Katalog #1984Perfect StrangersWinyl, LP, NiemcyPolydor823 777-12016Perfect StrangersWinyl, LP, Reedycja, Remastering, Europa 1 za 79 PLN Kup terazPolydor3635872, 0600753635872Perfect StrangersCD, Reedycja, Wielka Brytania i EuropaPolydor823 777-2, 823 777-2 YHPerfect StrangersCD, Remastering, Repress, EDC, EuropaPolydor546 045-2Opinie2020-05-13Pytanie, które należałoby zadać, to dlaczego tak dobrze się ten album sprzedawał? Czy dlatego, że było to pierwsze od 9 lat wydawnictwo Deep Purple i ludzie byli ciekawi? Czy dlatego, że był to dobry album z dobrymi piosenkami? Czuję, że to po części zasługa tych dwóch. Ian Gillan, Ritchie Blackmore, Roger Glover, Jon Lord i Ian Paice połączyli się po raz pierwszy od 1973 na większości albumów, nie obyło się bez utworów, które się od razu zapomina, jak Nobody's Home i Mean Streak. Jednak większość tego albumu to znakomite kompozycje, jak otwierający Knocking At Your Back Door, który robi szczególne wrażenie. Tytułowy utwór od razu stał się Purple'owym klasykiem i na to zasługuje. Gypsies Kiss jest genialny, zwłaszcza wspaniały, instrumentalny przerywnik podzielony równo między Blackmore'a i Lorda. Ballada Wasted Sunsets jest wspaniale zaśpiewana przez Gillana, a także zawiera dwa zadziwiające Blackmore'owe album jest moim zdaniem przereklamowany. Deep Purple w starym składzie kontynuowali po prostu tam, gdzie zatrzymali się w 1973 roku i na tej płycie nie stworzyli nic rewolucyjnego. Jest tu kilka świetnych piosenek. "Knocking At Your Back Door", Under The Gun", "Perfect Strangers", "A Gypsy's Kiss" i "Wasted Sunsets". Reszta to dobry klasyczny rock & nie rozumiałem, dlaczego ten album jest aż tak chwalony, a jednocześnie The House Of Blue Light jest zwykle nazywany zniżką formy. Myślę, że są one dość podobne, a ten może nieco wydawać się nieco świeższy, ale nie ma między nimi większej Cross2019-10-18Przegrupowany Deep Purple wydał moim zdaniem porządny album, który naprawdę wyróżniał się wśród morza przeróżnego hair metalu, który pojawiał się w tamtym okresie na listach przebojów. Żaden stary zespół, o ile mi wiadomo, nie zdołał wydać tak świetnego albumu jak ten, po powrocie do oryginalnego ulubione utwory z tego albumu to Knocking At Your Back Door oraz Perfect Strangers. Na tym wydaniu pojawia się także bonusowe nagranie Son Of Alerik i jest to jak dla mnie istna perełka, o której istneniu bym nawet nie wiedział, gdyż był to tylko b-side płytyParanoidBlack Sabbath1970, AlbumLed Zeppelin IIILed Zeppelin1970, AlbumUntitledLed Zeppelin1971, AlbumMaster Of RealityBlack Sabbath1971, AlbumDemons and WizardsUriah Heep1972, AlbumMoontanGolden Earring1973, AlbumHouses Of The HolyLed Zeppelin1973, AlbumSheer Heart AttackQueen1974, AlbumForce ItUFO1975, AlbumPhysical GraffitiLed Zeppelin1975, AlbumA Night at the OperaQueen1975, AlbumJailbreakThin Lizzy1976, AlbumThe Soundtrack From The Film The Song Remains The SameLed Zeppelin1976, Album, KoncertA Day at the RacesQueen1976, AlbumDestroyerKiss1976, AlbumPresenceLed Zeppelin1976, AlbumDraw The LineAerosmith1977, AlbumMotörheadMotörhead1977, AlbumBad ReputationThin Lizzy1977, AlbumStained ClassJudas Priest1978, AlbumOverkillMotorhead1979, AlbumBlack Rose (A Rock Legend)Thin Lizzy1979, AlbumIn Through the Out DoorLed Zeppelin1979, AlbumLive KillersQueen1979, Album, KoncertThe GameQueen1980, AlbumAce Of SpadesMotorhead1980, AlbumChinatownThin Lizzy1980, AlbumRenegadeThin Lizzy1981, AlbumSpecial ForcesAlice Cooper1981, Album'SnazNazareth1981, AlbumMob RulesBlack Sabbath1981, AlbumCodaLed Zeppelin1982, AlbumCutGolden Earring1982, AlbumScreaming For VengeanceJudas Priest1982, AlbumHoly DiverDio1983, AlbumThunder and LightningThin Lizzy1983, AlbumDone With MirrorsAerosmith1985, AlbumLive MagicQueen1986, Album, Koncert
7 kwi 17 10:36 Ten tekst przeczytasz w 2 minuty Stary człowiek naprawdę może. Czasami tak dobrze może, że pozostaje tylko podziwiać i uczyć się. Powolutku zamykający swoją wspaniałą historię zespół Deep Purple po raz kolejny pokazał, na czym polega starzenie się w wielkim stylu. Foto: Materiały prasowe Deep Purple – "inFinite" W sumie panowie mają w 2017 roku 340 lat. Średnia wychodzi 68. I co tego? Nic, absolutnie nic. John Mayall ma dużo więcej, a gra wciąż świetne koncerty. Niedawno zmarły Chuck Berry dobijając 90., grał trasy koncertowe po USA. Do wieku nawiązałem dlatego, że Ponury Żniwiarz w minionych kilkunastu miesiącach nie był łaskawy dla wielkich rocka, hard rocka i metalu, ale mam nadzieję, że panów z Deep Purple jeszcze przez jakiś czas oszczędzi, bo będąc na końcowym etapie kariery, tworzą rzeczy po prostu fantastyczne i chciałbym, aby to jeszcze robili. Nie trzeba dawać im plusów za zasługi, za przeszłe hity i niezapomniane albumy. To, co tworzą obecnie, bez najmniejszych problemów broni się samo. Długo zbierałem się do napisania refleksji o tym albumie. Nie dlatego, że Deep Purple zawarli na nim coś nowego, nieoczekiwanego. Wszystko, co na "inFinite" mamy, to doskonale znane DNA angielskiej kapeli, podane w odpowiednim brzmieniu przez Boba Ezrina, który podobnie, jak na znakomitym "Now What?!" zajmował główne miejsce przy konsolecie. Zbierałem się długo dlatego, że dwudziesty album Purpli emanuje niesamowitą świeżością, lekkością, świetnymi pomysłami na piosenki, zderzeniami klimatów (choćby świetnym skontrastowaniem podniosłości i frywolności w "One Night In Vegas" albo delikatnej baśniowości w "The Surprizing" po drapieżnych momentach). Bije też z niego wielka radość wspólnego tworzenia, cieszenia się muzyką. Z króciutkich fragmentów, jakie zespół udostępnił z sesji nagraniowej wynika, że pracowało mu się znakomicie. Nie ma na płycie dłużyzn. Choć niektóre kompozycje zdecydowanie się wyróżniają (np. "Time For Bedlam", "Hip Boots", "One Night In Vegas"), o żadnej nie napiszę, że jest niepotrzebna, że muzycy mogli ją sobie podarować. Podstawowa wersja płyty, a do takiej miałem dostęp, to nieco ponad 45 minut. Idealny czas, żeby utrzymać zainteresowanie słuchacza. I w tych 45 minutach zmieścili Deep Purple bardzo piosenki, których słucha się z przyjemnością. Choć ortodoksyjni Purplowi fani będą pewnie na to psioczyć, bo woleliby jeszcze jeden autorski numer (wiadomo, że takowe powstały w trakcie sesji), cover The Doors "Roadhouse Blues" uważam za udany. Zagrany z luzem, lekkim puszczaniem oka. Bliski oryginału, a jednak z charakterystycznym purpurowym stemplem. Świetnie zwieńczenie świetnego albumu. Na którym każdy z muzyków ma swoje wielkie chwile. Przeczytałem teksty do płyty. Nie zauważyłem w nich zmęczenia, żegnania się, utyskiwania na starość i kończące się życie (choć pewnie Ian Gillan od jakiegoś czas zdaje sobie sprawę, że tak jak w "Child In Time" już nie zaśpiewa, w zakresie, który mu pozostał, porusza się pewnie i ciekawie). Zauważyłem za to sporo radości, zabawy, kilka pobudek nad ranem po mocno imprezowej nocy. Najwyraźniej w panach blisko lub ponad 70-letnich, wciąż jest wiele kreatywności i przede wszystkim radości życia. Nic dziwnego, że stworzyli najlepszą płytę od czasów na pewno "Purpendicular", a może nawet "Perfect Strangers". (8,5/10) Data utworzenia: 7 kwietnia 2017 10:36 To również Cię zainteresuje Masz ciekawy temat? Napisz do nas list! Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Znajdziecie je tutaj.
Recenzja Jakuba Kozłowskiego. Pamiętam koncert Deep Purple w Krakowie bodajże z grudnia 2019 roku. Wybrałem się na ten występ z kolegą i doskonale pamiętam, jak staliśmy w lekko przerzedzonym tłumie słuchając występu legendy, która, na mnie osobiście, zrobiła dość przygnębiające wrażenie. Ot, doskonały zestaw kultowych utworów odegranych z wielkim znawstwem ale bez iskry i bez emocji. Do tego Ian Gillan… Ian po prostu nie miał już głosu. Męczył się, albo przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Oczywiście wszystko tłumaczy jego wiek. Daj Boże, aby każdy z nas zachował tyle energii i hartu ducha w wieku (jak on wówczas) siedemdziesięciu czterech lat. Tak to sobie tłumaczyłem i tak tłumaczę nadal. Pozostaje jednak pytanie, czy w ogóle należy uzasadniać formę zespołu, który, niestety, coraz bardziej sprawia wrażenie formacji odrobinę zagubionej, nie wiedzącej jak zejść ze sceny. Mam jeszcze jedno wspomnienie związane z tamtym koncertem. Po występie miałem okazję porozmawiać dłuższą chwilę ze znawcą Deep Purple, fanem od zawsze, kolekcjonerem i prawdziwym fascynatem muzyki purpli. Podszedł do nas i zapytał „Jak się podobał koncert”. Odparliśmy oboje z kolegą, że podobał się, tak… może być i wzruszyliśmy ramionami. Wówczas ów fan powiedział „A Ian Gillan? Słyszeliście Gillana?” – „Taak, słyszeliśmy”. „W takiej fenomenalnej formie nie był od lat!” – dodał z błyskiem w oku. Dało mi to do myślenia, w jaki sposób odbiór tego samego koncertu może być tak diametralnie różny. Czy wynika on z sympatii do formacji (chociaż nie – ja przecież również uważam się za oddanego fana) czy może nostalgii odrobinę zaślepiającej i odbierającej możliwość racjonalnego odbioru muzyki? Nie wiem. Może to przecież działać w obie strony. Może to ja się mylę. Być może tak właśnie jest. Może tamten koncert był fenomenalny a moje oczekiwania są niemożliwe do spełnienia? Może podobne słowa zachwytu usłyszałbym od wspomnianego fana również na temat nowego albumu? Co z tego jednak, skoro wówczas, po koncercie zastanawiałem się jedynie: „Skoro to był genialny występ Gillana, to boję się myśleć, jak brzmi występ kiepski”. Podobne odczucia towarzyszyły mi podczas odsłuchu „Whoosh!”. Czy to jest dobra płyta? Kiepska? Każdy fan musi sobie na to pytanie sam odpowiedzieć i każdy będzie miał rację. Ja się tego nie podejmuje. Przedstawiam jedynie moje zdanie. Muzyka to nie tylko dźwięki, refreny, mosty, instrumentalne przerywniki a przede wszystkim emocje. Te nie wynikają z samych utworów a sposobu w jakie odbiera je słuchacz. Wpływ na nie mają osobiste, często niemożliwe do wyartykułowania wspomnienia czy odczucia. Ja nie pamiętam lat świetności Deep Purple. W czasie, gdy przyjechali do Poznania z Joe Lynn Turnerem w składzie byłem za mały, aby w ogóle na koncert się wybrać, co tu mówić o czasach „Machine Head” czy chociażby „Perfect Strangers”. Znam tą muzykę z albumów – przesłuchanych wielokrotnie, uważnie i z olbrzymią pasją. Miało to jednak miejsce lata po premierze, ba, całe dekady i poznawałem je w oderwaniu od wspomnień czasów w których powstały – z tego prostego powodu, że gdy na rynek trafił „Perfect Strangers” miałem raptem kilkanaście dni. Czy to znaczy, że moja ocena dorobku Deep Purple, a w konsekwencji, najnowszych jego dokonań jest spaczona? Nie, chociaż być może brakuje jej emocjonalnego, głębszego zaangażowania. Nie patrzę więc na zespół i „Whoosh!” (tak jak nie patrzyłem w ten sposób na „Now What?!”, „Infinite” czy wcześniejsze albumy) przez pryzmat osobistych wspomnień. Patrzę na nie bez emocji, ponieważ same te płyty emocji nie wywołują a pozbawiony jestem bagażu doświadczeń, które umożliwiłyby napełnić ten pusty pojemnik wrażeń i nadać mu wyraźny ciężar. Chciałbym, aby Deep Purple sami wypełnili ten figuratywny pojemnik odczuciami płynącymi prosto z fenomenalnych melodii, genialnych riffów i świetnej atmosfery, ale niestety tak się nie dzieje. Bez kultywowanej przez większość życia głębokiej nostalgii do zespołu jako takiego, budowanej w oderwaniu od konkretnej jakości poszczególnych nagrań, album „Whoosh!” zdaje się niezwykle, boleśnie wręcz letni. Zawsze przy recenzowaniu płyt legend staję przed dylematem – czy bardziej cieszyć się, że zespołowi wciąż się chce grać dla fanów czy raczej zastanawiać się dlaczego wciąż gra, wbrew wyraźnemu zmęczeniu? Bo Deep Purple są zmęczeni. Jestem tego pewien. Potrzebują impulsu z zewnątrz, zastrzyku energii, który ponownie poruszy ich na tyle, że zdecydują się wejść do studia. W przypadku trzech ostatnich płyt takim zastrzykiem, jeżeli wierzyć samym muzykom, jest producent Bob Ezrin, który podejmuje się od czasu „Now What?!” zadania poskładania pomysłów zespołu w koherentną całość. Stąd jego współautorstwo wszystkich kompozycji na albumie. Nie lada zaszczyt, o który trudno gdyby jego wkład nie był faktycznie znaczący. Ezrin podobno przycina, skleja, pilnuje i ubiera w konkretne ramy twórczość Deep Purple ostatniej dekady i trudno pozbyć się wrażenia, że to właśnie te ramy ograniczają znacząco siłę oddziaływania muzyki, która stała się zrównoważona, na pewno elegancka, ale i pozbawiona tego co w rocku najważniejsze – odrobiny szaleństwa. Słucham „Whoosh!” od kilku ładnych dni i z każdym odsłuchem zmuszam się do powrotu do płyty z coraz większym bólem. Trudno. Nic na to nie poradzę. Poza kompozycjami „Throw My Bones”, „Nothing At All”, „Step By Step” i może „Power of the Moon” nie odnajduję na albumie nic, co przykułoby moją uwagę. Co gorsza, nawet wspomniane utwory ulatują wraz z wybrzmieniem i nie chcą zagnieździć się w głowie. Czy więc warto zapoznać się z płytą? Tak, warto. To w końcu Deep Purple – już na ostatnim zakręcie, już na końcu kariery ale wciąż Deep Purple. Moja córka już nie będzie mogła powiedzieć „Tak, widziałam Iana Gillana, Rogera Govera i Iana Paice’a na scenie” – tak jak ja nie mogę powiedzieć, że widziałem Led Zeppelin, a dużo bym za to dał. Nie powie również zapewne: „pamiętam co czułam, gdy wyszła kolejna płyta zespołu”. Dlatego cieszę się, że ten album powstał i nie żałuje czasu z nim spędzonego. Nawet jeżeli na mnie osobiście nie zrobił absolutnie żadnego wrażenia.
deep purple perfect strangers recenzja